06 Kwi 2018

Charyzmatyczni przywódcy czy zmotywowani pracownicy? Nie słyszałem o żadnym studium przypadku organizacji, która wyszła z kryzysu dzięki menedżerowaniu — zawsze jest to zasługa dobrego przywództwa.

Powyższe zdanie otwiera i jest jednocześnie kręgosłupem, na jakim Simon Sinek osadził swoją książkę „Liderzy jedzą na końcu” (Wydawnictwo Helion). Możemy w niej poszukać odpowiedzi na bardzo ważne pytanie: Kto napędza firmy z sukcesem? Są dwie szkoły. Jedna stawia na charyzmatycznych przywódców, druga na zmotywowanych pracowników. Prawda pewnie leży gdzieś po środku. Pomocna w wyrobieniu sobie własnego zdania przyniesie na pewno lektura książki Simona Sineka „Liderzy jedzą na końcu”.

Jednak nie o tym jest ta książka. Sinek odpowiada w niej na dwa bardzo ważne pytania:
1. Dlaczego większość pracowników nie lubi swojej pracy i jak to zmienić?
2. Na czym polega wyższość przywódcy i lidera nad menedżerem?
Ta książka powinna być obowiązkową lekturą dla tych wszystkich, którzy chcą przewodzić swoim ludziom, a nie tylko zarządzać ludzkimi zasobami. To wielka różnica, którą nie zawsze dostrzegamy. Tak jak to, czy w Twojej firmie ludzie chodzą uśmiechnięci, czy raczej są pochmurni. Sinek opisuje przypadek pewnego biznesmena, którego do zmian w firmie sprowokowały uśmiechy. Zobaczył bowiem, że pracownicy, którzy wesoło rozmawiali przed pracą, natychmiast stracili uśmiechy, kiedy (też wspólnie) zaczęli pracę.

Naprawdę gorąco polecam tę książkę. Nie tylko tym, którzy chcą sprawić, by ludzie odnaleźli sens swojej pracy, ale i tym, którzy chcą zobaczyć zupełnie inny sposób motywowania. Taki, w którym, ani zakazy i nakazy, ani z drugiej strony pieniądze nie są głównym motorem tego, że ludzie odnajdują sens w swojej pracy.

Igor Hrywna

20 Mar 2018

Naukowcy i szarlatani przez wieki szukali przepisu na życie. Chcieli go znaleźć w ludzkim ciele. Dzisiaj szukają go w mózgu. I jeżeli wierzyć tym pierwszym, to idzie im to całkiem nieźle. Na dzisiaj dobra wiadomość jest taka: Startup Nectome obiecuje, że umie zachować twój mózg. Zła jest taka, że trzeba dać się najpierw zabić. O tym, że można zachować czy odtworzyć ludzki mózg, słyszymy nie od dzisiaj. Tym razem jednak sprawa wygląda ciut poważniej. Bo za Nectome stoją naukowcy z amerykańskiego MTI, a to jest absolutna światowa czołówka uczelni technicznych. O sposobie wykombinowanym przez Nectome napisano zaś nie na pudelku, ale w MIT Technology Review (dotarłem tam dzięki tekstowi na mamstartup.pl).

Amerykanie twierdzą, że opracowali metodę łącząca krionikę (technika głębokiego ochładzania ciała) z balsamowaniem. Uważają, że w ten sposób będą w stanie zachować strukturę mózgu w tak doskonałym stanie, że w przyszłości będzie możliwe swoiste odtworzenie odtworzenie danej osoby. Dodajmy: śp. osoby. Bo ta technika wymaga, by pragnący nieśmiertelności poddał się eutanazji. Zachowanie mózgu (przetestowane na królikach) musi być bowiem przeprowadzone w chwili śmierci, tak aby dopływ krwi do mózgu zastąpić balsamującymi substancjami chemicznymi.

Główną wadą propozycji Nectome jest to, że firma nie dysponuje dzisiaj metodą odnawiania mózgów, które dostanie do przechowania. Amerykanie wierzą jednak, że już niedługo opracują technologię, zdolną przekształcić taki mózg w symulację komputerową. W ten sposób powstanie ktoś lub coś podobne do kogoś, kto kiedyś żył, choć to już nie będzie ten ktoś.

Z perspektywy Mazur wygląda to jak jakaś uwspółcześniona opowiastka o Frankensteinie. Warto jednak pamiętać, że Nectome otrzymało na badania prawie milion dolarów od jednej z amerykańskich instytucji rządowych. Świat bowiem gna do przodu jak oszalały. Kto teraz nie wsiądzie do tego pociągu, ten na zawsze zostanie już na peronie.

19 Sty 2018

Dobra książka/// „Mądrość zwycięzców” czytałem sobie do poduszki. I dzięki temu łatwiej było mi rano wstawać z myślą, że to będzie dla mnie naprawdę dobry dzień.

Jestem wyznawcą zasady, że życie jest dostatecznie ponure, więc nie warto jest jeszcze bardziej go „zaczerniać”, np. oglądając filmy ze złym zakończeniem czy czytając ponurackie książki. Kocham za to wszystko, co jest optymistyczne. Taką książką jest na pewno „Mądrość zwycięzców” Jima Stovalla, która prześwietnie zaraża optymizmem.
Kim jest Jima Stovall? To amerykański pisarz i felietonista. Przez lata pisywał felietony, których część zebrano właśnie w tej książce. Każdy z nich to miniopowieść, która niesie w sobie naukę, jak żyć, żeby być duchowo zadowolonym z siebie i osiągać sukcesy.

Ta książka nie jest skierowana do jakiegoś konkretnego odbiorcy, np. przedsiębiorców. To raczej swoisty przewodnik psychologiczny, dla każdego, kto chce dobrze czuć się w życiu i w pracy. Zawarte w „Mądrości zwycięzców” rady pomogą równie dobrze prowadzić biznes, jak uczyć dzieci w szkole. Na pewno będą też bardzo pomocne w budowaniu własnej kariery.
To nie jest jednak podręcznik, jak osiągnąć sukces za wszelką cenę. Absolutnie nie. Dla Stovalla sukces zawodowy stanowi bowiem element harmonijnego, można powiedzieć rodzinnego życia. Osiąganie sukcesu jest bowiem dla niego emanacją duchowej mądrości. Autor „Mądrości zwycięzców” często udziela nam prostych porad, ale właśnie dlatego, są one szczególnie cenne. Na przykład taka: „Jeżeli rozpoczynasz dzień z myślą, że nie czeka Cię nic dobrego, wkrótce wszystko ułoży się tak, by spełnić Twoje oczekiwania. I na odwrót, jeśli zaczniesz dzień, spodziewając się samych wspaniałości, może okazać się, że będzie to najlepszy dzień w Twoim życiu”.

Gdybym miał ująć, czym jest „Mądrość zwycięzców”, to powiedziałbym, że to unikalna kombinacja kapitalnych wskazówek jak rozwijać swoje życie zawodowe w połączeniu z duchową mądrością. A wszystkim polecam radę, którą Stovall przypomina za „Alicją w Krainie Czarów”:„ Jeżeli nie wiesz, gdzie chcesz dojść, to nie ma znaczenia, jaką drogę wybierzesz”.
Jim Stovall to jedna z najwybitniejszych i najbardziej inspirujących postaci swoich czasów. Jego przykład pokazuje, że można nieść dobro i dokonywać wielkich rzeczy pomimo przeciwności, które inni uznaliby za obezwładniające. To podnosi na duchu i inspiruje — pisze o autorze „Mądrości zwycięzców” Steve Forbes. Bo zapomniałem napisać, że Jim Stovall jest niewidomy.

Igor Hrywna

23 Gru 2017

Im więcej czytam książek dotyczących reklamy, sprzedawania czy marketingu, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że są to pozycje przydatne właściwie każdemu, kto chce rozumieć i siebie i innych ludzi. Dokładnie tak jest z książką Michaela Boswortha i Bena Zoldana „Mistrzowie sprzedaży — jak oni to robią”.

Oczywiście, że jest to książka napisana w pierwszej kolejności dla handlowców. I powinna być dla nich ciekawa, bo jej autorzy podważają kilka stereotypów. Dotyczy to na przykład szkolenia handlowców. Bosworth i Zoldan radzą, by nie szkolić ich na doskonałe, wszystkowiedzące roboty. Zauważają bowiem, że „Ludzie lubią robić interesy z podobnymi do siebie”. A przecież wszyscy jesteśmy niedoskonali.

Niestety, w świecie biznesu, niedoskonałość jest często mylona z niemocą. Dlatego handlowców zwykle szkoli się tak, by mieli odpowiedź na każde pytanie, byli nieludzko perfekcyjni. A my wiemy, że nikt nie jest doskonały, że nikt nie zna odpowiedzi na wszystkie pytania. Dlatego zdaniem autorów „Mistrzów sprzedaży” perfekcyjni handlowcy to nie są wcale dobrzy sprzedawcy.

Obaj zwracają też uwagę na to, że w procesie podejmowania decyzji, to emocje odgrywają pierwsze skrzypce. — Intuicja wciąż podpowiada nam, że ludzie podejmują emocjonalne decyzje, a potem uzasadniają je post factum korzystając z logiki — piszą.

A już zupełnie obrazoburczo brzmi ich teza, że hierarchiczny lider nie zawsze potrafi wyczuć zmiany i zaprowadzić firmę na suchy ląd. Ich zdaniem, liderzy często są izolowani przez najbliższe otoczenie i nie potrafią podejmować trafnych decyzji. To jest szczególnie ważne, bo ( powtarzają za Darwinem): Przeżywa nie ten gatunek, który jest najsilniejszy lub najinteligentniejszy, lecz ten, który najszybciej reaguje na zmiany”

Mnie najbardziej do serca przypadła rada, aby pisząc swoje historie dla klientów, robić to ręcznie. Wtedy bowiem korzystacie z prawej, emocjonalnej półkuli mózgu. Pisząc w komputerze używamy lewej, logicznej półkuli. A przecież to emocje sprzedają. Nie zapominajmy o tym.

10 Gru 2017

Nasz nowy rząd czy nowe koreańskie roboty? Można by się pozastanawiać co jest ważniejsze dla dla naszej nadwiślańskiej rzeczywistości. Może zabrzmi to obrazoburczo, ale roboty są zdaje się jednak ważniejsze. Ale ja nie o tym, tylko o kolejnej barierze jaka przekracza człowiek tworząc maszyny obdarzone namiastką AI czyli sztuczną inteligencją. Na razie to tylko namiastka, bo maszyny (na razie!) w odróżnieniu od człowieka nie potrafią się jeszcze same uczyć.

Ale wróćmy do robotów. Koreańczycy poinformowali właśnie, że na zimowych igrzyskach olimpijskich w południowokoreańskim Pjongczangu (luty 2018) pomagać widzom będzie 85 robotów-wolontariuszy. A jeden z nich będzie biec wraz z ludźmi z pochodnią olimpijską. To dopiero jednak przedsmak tego co nas czeka w 2020 roku na letniej olimpiadzie w Tokio.

Ale wracając na nasze podwórko i do naszych swarów. Można sobie wyobrazić, że już niedługo da się obdarzyć jakieś roboty inteligencją, na przykład, Jarosława Kaczyńskiego i Grzegorza Schetyny. Ciekawe tylko dla kogo byłby bardziej ciekawy: dla innych robotów czy też może dla ludzi?

25 Paź 2017

Świat pędzi jak oszalały? Oczywiście, zresztą nie tylko do przodu. Bo zagarnia też naszą pamięć. Kiedyś określenie „dawno temu” obejmowało 10-20 lat temu. Teraz to 2-3 lata. Tak zmienił się świat, który nie tylko kasuje nam z pamięci prawdziwą przeszłość, ale i teraźniejszość.

Teraz panuje nad nami przyszłość. Liczy się to, co będzie jutro. A to jutro jest coraz to bardziej tajemnicze i niezbadane. Niepewne, bo żyjemy też w czasach chaosu. Nikt z nas nie wie jakich zawodów będzie potrzebowała gospodarka za 10-20 lat. Fachowcy oceniają, że połowa zawodów, w jakich będziemy pracować za 10 lat, jeszcze nie istnieje.

Pewne jest, że kiedyś umrzemy. Zatem grabarze zapewne mają jeszcze na jakiś czas zapewnioną pracę. Ale rosną im już cyfrowi konkurenci z listy zawodów przyszłości.

Choćby taki „digital death manager”, czyli menadżer śmierci cyfrowej. Tenże „menago” zadba o nasz cyfrowy wizerunek po przejściu do innego świata, w którym tak czy inaczej na pewno nie ma wirtualnej rzeczywistości.

Igor Hrywna

14 Sie 2017

Więcej i szybciej. To dwie wielce charakterystyczne dla naszej obecnej cywilizacji pragnienia. Mamy coraz mniej czasu, a coraz więcej różnych możliwości. Stąd w tym samym momencie jemy, oglądamy TV i przeglądamy informacje na smartfonie. Pośpiech staje się powoli naszym przekleństwem. A nowoczesne technologie kradną nam przede wszystkim czas.
Zmęczenie wynikające ze wszechobecności nowoczesnych technologii i internetu jest coraz bardzie powszechne. Stąd pomysł, by wykorzystywać je nie do przyśpieszenia tempa naszego życia, ale do jego spowolnienia. Jedna z polskich firm wprowadza właśnie na rynek butelkę z wąską szyjką, dzięki czemu nie da się wypić napoju jednym haustem. Coraz większą popularność zdobywają telefony komórkowe, z których można tylko dzwonić.
Ten trend uwalniania się od „więcej i szybciej” ma też swoje zasady. Jedna z nich głosi np., żeby nigdy nie wstawiać do sieci społecznościowej zdjęcia natychmiast po jego zrobieniu. Bo jak to ktoś mądrze powiedział, im wolniej żyjesz, to tym dłużej będziesz żył.

Igor Hrywa

17 Lip 2017

Ponad 50% pracowników polskich firm odczuwa w ciągu dnia znużenie i senność, a 60% czuje zmęczeniu od razu po przebudzeniu. Przyczyn tego jest kilka. Począwszy od braku ruchu, a na niezdrowym odżywianiu się skończywszy.
Podstawą jest jednak przepracowanie. Ponad połowa pracowników i menedżerów nie robi sobie w pracy przerw. A połowa z tych co robi i tak myśli w ich trakcie o pracy. Ponad połowa ankietowanych przyznała też, że pracuje dłużej niż 8 godzin dziennie. 32,6% ankietowanych zabiera też pracę do domu, Taki to smętny obrazek przepracowanego Polaka wyłania się z raportu przygotowanego przez firmę doradczą Human Power. Ale to nie koniec. Bo do tego jeszcze źle się odżywiamy, a większość badanych przyznała się, że nie uprawia żadnego sportu.
A mi przy lekturze tego raportu przypomniał się fragment z książki amerykańskiego speca od marketingu Setha Godina. Otóż jej autor w hallu hotelu sprawdzał coś na laptopie. Przechodząca obok kobieta powiedziała do męża: Zobacz, jaki biedny człowiek zamiast odpocząć od pracy, to pracuje. Jaka nieszczęśliwa kobieta, bo musi odpoczywać od swojej pracy, podsumował ją w myślach Godin. Bo nie ma chyba nic gorszego, niż codziennie robić przez kilka godzin coś, czego się nie lubi. A niezdrowe odżywianie się, branie pracy do domu czy brak sportu nie mają z tym nic wspólnego.

Igor Hrywna

10 Lip 2017

Polski patent wypróbowany po raz pierwszy pod Lidzbarkiem Warmińskim ma szansę podbić USA. Świecącą ścieżką stanowiącą mały fragment szlaku prowadzącego z Lidzbarka nad jezioro Wielochowskie zainteresował się park rozrywki DisneyWorld na Florydzie. To może otworzyć drzwi dla ścieżki na całym świecie.

Nawierzchnia świecącej ścieżki rowerowej zawiera specjalne substancje syntetyczne, które „ładują” się za pomocą światła dziennego, a następnie nocą emitują nagromadzoną energię. W ciągu dnia ścieżka rowerowa ma kolor niebieski. Materiał, z którego stworzono ścieżkę oddaje światło przez ponad 10 godzin. Efekt zawdzięczamy wyłącznie właściwościom użytego kruszywa.

Ścieżka powstała jesienią 2016 roku. Autorem projektu jest laboratorium TPA w Pruszkowie, zaś wykonawcą firma Strabag. Okazuje się, że ścieżka nie jest już tylko technologiczną ciekawostką. Już ponad 80 firm zapytało o nią w TPA, w tym DisneyWorld z Florydy. Ale mnie cieszy bardziej coś innego. Mianowicie bardzo mało hejtu w internetowych komentarzach pod tekstami o ścieżce. To nie mniej ważne niż sam potencjany sukces ścieżki.

03 Lip 2017

Ciekawość to podobno pierwszy stopień do piekła. Ale czymże byłby dzisiaj świat bez ludzi, którzy byli go ciekawi. Przecież na ciekawości zbudowany jest postęp. Wydawałoby się, że współczesne technologie tę naszą wrodzoną ciekawość nie tylko pielęgnują, ale i rozwijają. Przecież dzięki Google za pomocą jednego kliknięcia możemy dowiedzieć się wszystkiego, a na FB porozmawiać z ludźmi, których w realu nigdy byśmy nie spotkali. To wszystko prawda, ale nie do końca.

Bo tak naprawdę i Google i FB coraz mocniej dopasowują sie do naszego prywatnego świata. Badają nasze zachowania i emocje i na tej podstawie podrzucają nam informacje coraz dokładniej dopasowane do naszych wyobrażeń i poglądów. Jednym słowem podrzucają nam to co i tak lubimy.

Stąd np. zwolennikom PiS FB tworzy ułudny świat, gdzie wszyscy kochają Jarosława Kaczyńskiego. Zwolennicy PO zyją z kolei w fikcyjnym świecie powszechnego uwielbiania dla Donalda Tuska. Tak to właśnie technologiczne giganty zabijają w nas potrzebę poznania cudzych opinii. Oczywiście nie dotyczy to tylko polityki, ale wszystkich dziedzin życia. Na przykład ci, którzy słuchają rocka na FB nigdy nie spotkają się z fanami disco polo.

I tak żyjemy sobie we własnych, równoległych światach. Nie tylko wirtualnie, ale i w realnym świecie.

Igor Hrywna

Media,Marketing,Reklama.+ Ciut polityki. O tym piszę. Igor Hrywna.

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.