04 Kwi 2017

Zaświeciła ci się dłoń w kaształcie serca? Odbierz telefon, bo dzwoni twoja ukochana lub ukochany. A jak dzwoni, ktoś kogo nie lubisz, to odrzuć połączenie naciskając pieprzyk. Zginając palca z tatuażem możesz włączyć muzykę na smartfonie. To nie przyszłość, ale teraźniejszość. Dla jednych świetlana, dla innych pewnie przerażająca. Tak czy inaczej chyba nieunikniona.

Niemieccy naukowcy przetestowali właśnie nowe zastosowanie dla tatuaży i znamion na naszym ciele. Użyli ich jako narzędzi do obsługi smartfona. Z pewną przesadą można powiedzieć, że zrobili z naszego ciała ekran dotykowy. Mówimy tu oczywiście nie o klasycznym tatuażu, ale elektronicznym czy elektroluminescencyjnym, ale jednak tatuażu. Podobnie wykorzystali też pieprzypki i piegi.

Taki tatuaż naniesiony np. na dłoń pozwala np. przez ściśnięcie pięści lub wyprostowanie palców włączać i wyłączać muzykę. To dopiero jednak dopiero początek tej rewolucji. Potem przyjdzie pewnie czas na bardziej ukryte części naszego ciała. Nie wiem, co sobie państwo teraz pomyśleliście, ale ja miałem na myśli język ;-).

Igor Hrywa

02 Cze 2016

Chcecie żyć długo, zdrowo i szczęśliwie? Tak? To w takim razie musicie zadbać o ekorównowagę organizmu. Inaczej zanieczyścicie swoje serce i wątrobę. Doprowadzicie do opłakanego stanu nerki i jelita. Dokładnie tak. Wiedzą o tym już miliony Amerykanów. Teraz ta wiedza jest już dostępna w Polsce. Pamiętaj o swoich bliskich. Zadbaj o siebie. Nie dopuść do skorodowania swojego organizmu. Kiedyś nie wiedzieliśmy jak z tym walczyć. Teraz, dzięki Bogu, wiemy. To nic trudnego. Trzeba tylko wypijać dziennie minimum litr odkwaszonej wody. Skąd wziąć taką wodę? Wystarczy założyć na kran filtr „Aqua PlusMinerale”.

Uwierzyliście choć przez chwilę w korodowanie organizmu? Jedni tak, drudzy nie. W życiu jednak większość z Was codziennie daje się nabierać na takie wykreowane przez fachmanów od marketingu „potrzeby”.

To znak dzisiejszych czasów. Kiedyś firmy prześcigały się w odgadywaniu czego chcą klienci. Potem to wytwarzały. Teraz już tak nie jest. Dzisiaj najpierw stwarza się potrzebę. A potem obwieszcza, że ma się produkt lub usługę, które tę potrzebę zaspakaja.
Po prostu dziś wymyśla się coś, a potem tłumaczy ludziom, że bez tego nie będą zdrowi, szczęśliwi, albo w ogóle ich nie będzie.

Igor Hrywna

22 Paź 2015

Nowoczesne technologie pożerają coraz więcej naszego czasu. Mają nam służyć, a w rzeczywistości, to my im coraz częściej służymy. Głównie swoim czasem. Przywiązując nas do wirtualnych rzeczy, które są nam umiarkowanie potrzebne, ten czas nam kradną.
Na swoim smartfonie naliczyłem kilkadziesiąt różnych aplikacji, które wydawały mi się kiedyś ważne. Tak myślę, że skoro je ściągałem, to ważne być musiały. Teraz jednak je skasowałem,
Bo wydały mi się do niczego niepotrzebne. Zostawiłem tylko te, których potrzebuję do pracy.
Te wszystkie aplikacje łypały na mnie z ekranu. Czułem, że muszę zobaczyć to czy tamto, bo skoro je mam, to muszę z nich skorzystać. To przecież logiczne. Kiedyś przed snem czytałem książkę. Teraz zajmował mnie przegląd aplikacji. I omiatanie wzrokiem informacji, które nie były mi do niczego potrzebne. I o których zapominałem zanim skończyłem je czytać.
No i pięknego dnia postanowiłem się z tym wirtualnym szmelcem rozstać. Zostawiłem sobie tylko lokalne informacje. Wróciłem też do wieczornego czytania książek.
I wtedy poczułem się tak, jak wtedy, kiedy rzuciłem palenie. Wtedy efeketem był pewien przyrost masy brzucha. Teraz liczę, że przyrośnie mi szarych komórek….

Igor Hrywna

01 Wrz 2015

Marketing. Kupowanie to dzisiaj postawa obywatelska. Kiedy ja kupuję, to inni sprzedają. Wtedy inni kupują też, to co sprzedaję ja. Tak to dzisiaj od szarży pod Somosierrą ważniejszy jest szturm na jakiś hipermarket. Zresztą, kto to jeszcze pamięta co to była za szarża?
Nic więc dziwnego, że w dzisiejszych czasach to marka jakiegoś produktu określa człowieka. Jestem tym co kupuję. Począwszy od auta, a skończywszy na chlebie czy herbacie. Kochamy te swoje marki miłością ślepą i gorącą. Tak mocną, że marka bywa ważniejsza od rozumu. Dowiedli tego ostatnio dziennikarze z holenderskiego kanału Dit Is Normaal, którzy na iPhonie zainstalowali Androida. I poprosili o opinie nieświadomych podstępu fanów „jabłuszka”. Ci jak jeden mąż i niewiasta wychwalali urządzenie.
Zresztą wcześniej ci sami dziennikarze wyśmieli speców od zdrowej żywności, wzbudzając ich zachwyt odpowiednio spreparowanym jedzeniem z McDonaldsa.
Dzisiaj to już powszechne zjawisko. TV a teraz internet zglobalizowały ludzi. Stworzyły z nich nowe plemiona: wyznawców i apostołów marek. To nowe religie XXI wieku. Wieku, w którym myślenie zastępują emocje.
A samo myślenie ogranicza się już tylko do emocjonalnego rozstrzygnięcia: jaka marka będzie moim plemiennym totemem.

Igor Hrywna

29 Cze 2015

Co spowodował wprowadzony niedawno na Węgrzech zakaz handlu w niedzielę? Klienci uciekli do sieci. Zakaz wzmocnił po prostu sprzedaż online. Proste i logiczne w dzisiejszych czasach. Handel online to dzisiaj prawdziwy fetysz. Rośnie w szalonym tempie.

A realne sklepy coraz częściej służą za przymierzalnie. Jest na to już nawet specjalne, oczywiście angielskie, określenie: showrooming. Showrooming polega na tym, że idziemy sobie do sklepu, oglądamy towar a potem sprawdzamy gdzie go można kupić taniej. Co ciekawe istnieje też trend odwrotny zwany ROPO (Research Online Purchase Offline – Znajduję w online, kupuję w offline). Skąd bierze się tak niebywały sukces handlu internetowego? Fachowcy twierdzą z reguły, że kupowanie online jest wygodniejsze i szybsze.

Moim zdaniem jednak nie to o tym decyduje, ale cena. W necie kupujemy, bo jest taniej. Tylko dlatego. Nie dziwi zatem, że klienci, których pozbawiono możliwości zakupów w niedziele uciekli do sieci. Tak przynajmniej stało się na Węgrzech, gdzie od marca zakazano niedzielnego handlowania hipermarketom. Otwarte mogą być tylko małe sklepy, pod warunkiem że klientów obsługuje właściciel, najemca lub jego rodzina.

W efekcie obroty handlu w sieci wzrosły o 30%. A zarobiły na tym… sklepy online wielkich hipermarketów.
Igor Hrywna

04 Maj 2015

500 lat temu statystyczny mieszkaniec Europy znał pewnie z 50 twarzy, a jego dziewiczy mózg był wolny od informacji i komunikatów. Za wyjątkiem plotek przyniesionych przez sąsiadów. Dzisiaj dziennie atakuje nas kilka tysięcy różnych informacji.
Nasze mózgi radzą z tym sobie coraz gorzej. Nawet nie dlatego, że tych informacji jest tak wiele. Po prostu nie mamy czasu na analizę co jest dla nas ważne, a co jest po prostu nie wartym uwagi śmieciem. Stąd coraz gorzej czujemy się w otaczającym nas świecie. I coraz mniej go rozumiemy. Nie dlatego, że jest niezrozumiały, ale dlatego, że staje się dla nas zbyt skomplikowany. Oferuje nam zbyt wiele możliwości, których nie potrafimy ocenić. Nie potrafimy więc dokonać wyboru.
Spece od marketingu przekonują nas, że da się jednocześnie sensownie korzystać z 3 ekranów. Oglądać TV, czytać coś na tablecie i pisać posty w smartfonie. Da się. Choć tak naprawdę porządnie zrobimy tylko jedną z tych rzeczy, albo wszystkie trzy nieporządnie.
Nowoczesne technologie są bardzo często dla naszych mózgów zbyt nowoczesne. Ich obsługa angażuje nas na tyle, że nie mamy już czasu aby z nich korzystać. Zresztą jest ich tyle, że człowiek gubi się w nich, tak jak w zalewie informacji. Teraz pewnie ktoś wymyśli jakąś aplikację, która podpowie nam, co jest dla nas ważne.
Jest w tym tylko jedno małe „ale”. Te wszystkie wspaniałe aplikacje wymyślają ci, którzy w swojej pracy wykorzystują swoje mózgi. I wymyślają coś, co ma nam pomóc w wyłączeniu naszych mózgów.
Igor Hrywna

19 Sty 2015

Krzykacz miejski czyli klikon. W dawnych czasach był to pan obdarzony donośnym głosem, który ogłaszał na miejskich rynkach różne informacje. Powtarzał też tłumom to, co obwieszczał przywódca. Już dawno temu zastąpiły go tuby, a potem sprzęt nagłaśniający.

Kiedy wpiszesz w wyszukiwarkę słowa „ginące zawody” to Google wyrzuci kowala, kaletnika, garncarza czy rękawicznika. To już jednak od dawna są zawody „umarłe”. Dzisiaj zawody ginące to zupełnie inne profesje. Google w tym przypadku zawodzi. Bo powinno wyświetlić zupełnie inne profesje. Na przykład tłumacza.

Bo to właśnie Google zapowiedziało na dniach, że ich „Google translate” będzie już wkrótce tłumaczyć rozmowy w czasie rzeczywistym. Takich ginących zawodów są dzisiaj setki. Pewnie już wkrótce z hipermarketów znikną kasjerki, które zastąpią elektroniczne terminale. Nieco później ten los czeka zapewne nauczycieli, przed którymi znikną bibliotekarze. Lekarzy, tak jak żołnierzy zastąpią w ciągu 20-30 lat inteligentne roboty. Drukarki 3D umożliwiające produkcję coraz większej ilości przedmiotów przez każdego doprowadzą do zamykania fabryk.
Znikną też dziennikarze, bo pisać teksty będą pisać inteligentne maszyny. Co i jak napiszą będą wiedziały dzięki specjalnym algorytmom. Chociaż pewnie nawet pisać nie będą, ale opowiadać.

Na naszych oczach dzieje się wielka rewolucja. Budujemy powoli, ale konsekwentnie świat, w którym ludzie mają coraz mniej do roboty. I to jest wielka zmiana, bo przez wieki w wyniku postępu jedne zawody ginęły, ale w ich miejsce pojawiały się w podobnej ilości inne. Teraz już tak nie jest. I ludzi niepotrzebnych będzie w Europie coraz więcej. Nie bezrobotnych, ale właśnie niepotrzebnych.

Igor Hrywna

12 Gru 2014

Polskiego ambasadora w Czechach wzburzyła tamtejsza reklama, w której Polak robi za cwaniaczka i oszusta. TVP puszcza za to bez mrugnięcia oka rodzimą reklamę z misiem pierdzącym na świąteczną choinkę.

W czeskiej reklamie czeskiemu narciarzowi psuje się telefon. Wtedy pojawia się przed nim Polak, zamaskowany pod postacią choinki. Wymienia narciarzowi telefon na wyglądający jak nowy smartfon, w którym jednak od razu pęka ekran. Handlarz znika.

Tak to czeski T Mobile przekonywał, że lepiej wymieniać telefony u niego. Na tą właśnie okoliczność zaprotestowała pani Grażyna Bernatowicz, polski ambasador w Pradze. Co spotkało się z falą oburzenia w postępowych polskich mediach. Bo przecież ta reklama ich zdaniem, to nic innego, jak tylko przejaw czeskiego poczucia humoru. I nawet skłonny jestem się z nimi zgodzić. Uważam, że to nie jest temat nadający się na protest ambasadora.

Jest w tym jednak pewne „ale”. Czy gdyby taką reklamę puścił polski operator, a rolę naciągacza „zagrałby” Żyd. To czy wtedy ci sami ludzie też uznaliby to za przejaw specyficznego humoru, ale już nie czeskiego tylko polskiego? W każdym razie czeski T Mobile reklamę wycofał.

A swoją drogą, to ciekawe, że nikogo z rządu nie oburza reklama polskiego operatora sieci komórkowej, w której miś pierdzi na choinkę i w efekcie ją zapala.

Ja, jeżeli już miałbym wybierać, to jednak wolę czeską reklamę. Bo nie jest na pewno chamska i wulgarna.

Igor Hrywna

02 Gru 2014

Co to znaczy, że coś jest normalne, że jest normą? Ano to, że większość uznaje takie coś za normalne. Więc skoro św. Mikołaj kojarzy się większości z białobrodym panem ubranym w czerwony kubraczek, to jest to normalne. Zatem siebie muszę zaliczyć do nienormalnych.

Organizatorzy pewnego świątecznego jarmarku wysłali mi maila z zaproszeniem na rzeczoną imprezę. Wśród atrakcji zaanonsowano też przybycie „prawdziwego św. Mikołaja z Laponii”. A ot mi głupiemu zdawało się, że w odróżnieniu od tego z reklamy, prawdziwy św. Mikołaj, pochodzi z całkiem innego miejsca.
Nie z Laponii, ale z terenu dzisiejszej Turcji. Mówię o św. Mikołaju z Myry, który żył w latach (270-350) po narodzeniu Chrystusa. I który rozdał potrzebującym odziedziczony po rodzicach majątek.

Święty zmarł 6 grudnia. W średniowiecznej Europie w dniu kiedy go wspominano rozdawano stypendia ubogim studentom. Dzięki ks. Piotrowi Skardze ta tradycja dotarła do Polski. Ks. Skarga z kolei zbierał datki na posag dla ubogich szlachcianek, a pieniądze przekazywał im właśnie 6 grudnia.

Później przerodziło się to w obdarowywanie prezentami dzieci. A jeszcze później wynaleziono coca-colę, a ta wynalazła swojego św. Mikołaja.

Choć właściwie tak do końca to już nie wiadomo, czy ci białobrodzi panowie odgrywają jeszcze św. Mikołaja czy też już tylko jakiegoś „prawdziwego” Mikołaja. Tylko, czy taki sobie pan Mikołaj będzie miał dla nas jakieś prezenty?
Igor Hrywna

05 Lis 2014

Nasi dziennkarze obywatelscy z reguły piszą o rzeczach, które dzieją się wokół nich. Najczęściej o „przyziemnych” zdarzeniach toczących się w ich lokalnej społeczności. Zdarza się jednak, że dziennikarze obywatelscy odrywają wzrok od ziemi i spoglądają na niebo. Tak jest z tekstem „Czy na Panu Bogu można zarobić?” (przeczytaj: olsztynska24.pl). Tekst dotyczył nowego tygodnika dla kobiet ceniących wartości rodzinne i religijne, który pojawił się w kioskach. Ma to być po prostu „wierząca” odmiana pisma dla pań okraszona celebrytami „kumplującymi się” z Panem Bogiem. Takimi jak Lewandowski czy Kożuchowska.

W swoim tekscie dziennikarz obywatelski pyta czy „Czy na Panu Bogu można zarobić?”. Tego nie wiem, ale nie sądzę, że wydawca tego tygodnika chce zarabiać na Panu Bogu. Bo pismo sprzedawać będą wierzący celebryci. Tym sposobem to pismo zapełni kolejną niszę na naszym rynku medialnym. I nie ma w tym nic złego. Ani też wspólnego z Panem Bogiem.

A czy nowy tygodnik osiągnie sukces? Zobaczymy. To zależy głównie od tego, ile Polek przeglądając się w nim zobaczy swoje emocje i pragnienia. Bo przecież Boga, który nie jest widzialny, jednak nie zobaczy…

Igor Hrywna

Media,Marketing,Reklama.+ Ciut polityki. O tym piszę. Igor Hrywna.

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.