03 Lip 2017

Ciekawość to podobno pierwszy stopień do piekła. Ale czymże byłby dzisiaj świat bez ludzi, którzy byli go ciekawi. Przecież na ciekawości zbudowany jest postęp. Wydawałoby się, że współczesne technologie tę naszą wrodzoną ciekawość nie tylko pielęgnują, ale i rozwijają. Przecież dzięki Google za pomocą jednego kliknięcia możemy dowiedzieć się wszystkiego, a na FB porozmawiać z ludźmi, których w realu nigdy byśmy nie spotkali. To wszystko prawda, ale nie do końca.

Bo tak naprawdę i Google i FB coraz mocniej dopasowują sie do naszego prywatnego świata. Badają nasze zachowania i emocje i na tej podstawie podrzucają nam informacje coraz dokładniej dopasowane do naszych wyobrażeń i poglądów. Jednym słowem podrzucają nam to co i tak lubimy.

Stąd np. zwolennikom PiS FB tworzy ułudny świat, gdzie wszyscy kochają Jarosława Kaczyńskiego. Zwolennicy PO zyją z kolei w fikcyjnym świecie powszechnego uwielbiania dla Donalda Tuska. Tak to właśnie technologiczne giganty zabijają w nas potrzebę poznania cudzych opinii. Oczywiście nie dotyczy to tylko polityki, ale wszystkich dziedzin życia. Na przykład ci, którzy słuchają rocka na FB nigdy nie spotkają się z fanami disco polo.

I tak żyjemy sobie we własnych, równoległych światach. Nie tylko wirtualnie, ale i w realnym świecie.

Igor Hrywna

10 Maj 2016

Zaczęło się od uwagi znajomka. Że kiedyś widziało się na ulicy więcej ludzi. A teraz, zamiast się pokazywać, to siedzą przed komputerami w internecie. Na pierwszy rzut oka prawda. Naprawdę jednak nieprawda. Bo to nie internet zmiótł ludzi z ulic, parków i placów. To nie internet porwał więzi społeczne. I to nie intternet zamienił aktywnych obywateli w pasywnych konsumentów.

To zrobiła o wiele wcześniej telewizja. To najbardziej bierne medium, które zamknęło nas i wyizolowało w mieszkaniach. Dzięki Bogu, że pojawił się net, który to zmienił. Zamiast sztucznego ludzika w TV posadził po drugiej stronie ekranu komputera żywego człowieka. Dzięki temu ludzie zamiast rozmawiać z bohaterami latynoskich telenowel znowu zaczęli ze sobą rozmawiać. Porwane kiedyś więzi można teraz zawsze odnowić przy pomocy sieci społecznościowych.

Internet nauczył nas też znowu czytać. Gdyby nie wynaleziono sieci, to nasze wnuki pewnie już by nie czytały i nie pisały. To w końcu nie jest potrzebne do oglądania TV.

11 Mar 2016

Google. Czytam sobie akurat biografię wybitnego polskiego reżysera Stanisława Barei (1929-1987) o jedynie słusznym tytule „Oczko się odlepiło temu misiu”. Jako że jestem bezgranicznym fanem Barei, to książka pochłania mnie na amen (ostatnią ofiarą padł rondel z ryżem). Ale przy okazji wywołuje różne filozoficzne wydumki. Ostatnio tak mnie jakoś tak naszło, że najważniejszą cechą dzisiejszych czasów jest ich bylejakość.
Wynika ona przede wszystkim z pośpiechu. Bo im dłużej żyjemy, tym bardziej brakuje nam czasu na przeżywanie życia. W pośpiechu pracujemy i odpoczywamy. Nawet śpimy i umieramy. Robimy wiele rzeczy naraz. Zbyt wiele.
Z tego pośpiechu rodzi się też lenistwo intelektualne. Czym jest ta bylejakość? Zamiast pomyśleć prościej jest skorzystać z Googla. Google co prawda nie zna odpowiedzi na wiele pytań, ale zawsze wypluje nam choć 10 wyników. Albo i więcej. Dla słowa „byle jaki” w 0,36 sekundy znalazł 1 070 000 wyników. A wrzuciłem słowo do wyszukiwarki, bo nie pamiętałem już czy piszemy je razem czy odzielnie.
I tak naprawdę, to jest właśnie ta bylejakość, która skutecznie nas odmóżdża, choć poprawnie byłoby „odmużdża”.

Igor Hrywna

01 Mar 2016

Google poprosił mnie o różne dane, żeby potem pokazywać mi możliwie spersonalizowane reklamy. Po czym uprzejmie poinformował, że i tak będzie mi reklamy pokazywał. Tyle że bez tych danych, mogą być dla mnie mało ciekawe. Ot i problem. Podzielić się sobą z Googlem i oglądać reklamy książek czy nie dzielić się i oglądać jakieś bzdety?
Co ma z tym wspólnego tytuł felietonu? Parę lat temu amerykański Forbes opisał historię wściekłego ojca, którego nieletnia córka dostała od sklepu Target kupony zniżkowe na dziecięce ubranka. Rodzic wykrzyczał się w sklepie, że takimi kuponami chcą wpędzić córkę w przedwczesną ciążę. Po tygodniu zadzwonił i przeprosił. Okazało się, że córka jest rzeczywiście w ciąży.
Skąd Target wiedział o ciąży? Dzięki specjalnemu programowi komputerowemu, który analizował zmiany nawyków sprzedażowych.
Na przykład, jeżeli młoda Amerykanka nagle zaczęła kupować dużo suplementów diety takich jak magnez, wapno czy cynk, to znaczyło, że jest w pierwszych 20 tygodniach ciąży. Oczywiście, żeby to ustalić program analizował mnóstwo innych czynników, np. godziny zakupów, ich wielkość czy sposób płatności. Jak Target identyfikował klientów? Przede wszystkoim dzięki kartom lojalnościowym.
– Będziemy ci przysyłać kupony na rzeczy, których pragniesz, zanim w ogóle będziesz wiedział, że chcesz je kupić – pochwalił się główny analityk Targetu do autora książki „Siła nawyku” Charlesa Duhigga, który opisał system stosowany przez sieć.
To jak? Idzie ku lepszemu czy ku gorszemu?

Igor Hrywna

07 Cze 2015

No i kto by pomyślał. Facebook to już produkt dla starszych. A ma ledwo 11 lat. Wychodzi jednak na to, że w wirtualnym świecie to wiek emerycki. Bo świat się rozpędził i tego elektronicznego pędu zatrzymać się nie da. Problem tylko, żeby nam w tej pogoni nie zabrakło tchu.

Facebook to najpoważniejszy konkurent Googla. Niektórzy powiadają nawet, że już niedługo, starcie tych gigantów zdecyduje o tym, kto stanie się ludowym Bogiem Internetu. Bo przecież dzisiaj sieć to takie fejsbukowo-guglowskie 2w1.
Ale co z tym FB? Internetowa agencja badawcza „Gemius” sprawdziła, w jakim wieku są polscy internauci, którzy korzystają z Facebooka i Instagramu. Okazało się, że na Facebooku najwięcej jest internautów w wieku 25-34. Na Instagramie 18 do 24 lat. Różnica między obu serwisami jest taka, że Facebook to teksty z fotkami i filmami, Instagram to zdjęcia i krótkie video z 1-2 zdaniowym opisem. To pokazuje też, w jakim kierunku pędzimy. Złośliwie można by powiedzieć, że wracamy do pisma obrazkowego.
Kto wygra na tym wyścigu? Na pewno Facebook. Dlaczego? Bo Instagram jest jego własnością. Tak, jak i my. Bo czyż istnieje życie poza FB?
No cóż. Ja jednak nadal będę czytał i pisał. Trochę z przekory. Trochę z przekonania, że pisanie i czytanie jest fajne. I ma przed sobą przyszłość. Ba, po latach powróciłem do czytania wydań papierowych zamiast e-wydań. Bo pomyślałem sobie, że kawa idealnie pasuje do tradycyjnej książki czy tygodnika. A e-kawy do e-wydań na razie nie wymyślono…
Ładnie to nawet zabrzmiało. Ale tak naprawdę, to nie ważne na jakim nośniku czytacie. Ważne, żebyście czytali swój lokalny tygodnik. Bo to w nim odbija się prawdziwe życie waszej społeczności.

Przeczytaj cały tekst: Pismo obrazkowe dla każdego – Mława http://kuriermlawski.pl/271508,Pismo-obrazkowe-dla-kazdego.html#ixzz3cOfc6E6m

04 Maj 2015

500 lat temu statystyczny mieszkaniec Europy znał pewnie z 50 twarzy, a jego dziewiczy mózg był wolny od informacji i komunikatów. Za wyjątkiem plotek przyniesionych przez sąsiadów. Dzisiaj dziennie atakuje nas kilka tysięcy różnych informacji.
Nasze mózgi radzą z tym sobie coraz gorzej. Nawet nie dlatego, że tych informacji jest tak wiele. Po prostu nie mamy czasu na analizę co jest dla nas ważne, a co jest po prostu nie wartym uwagi śmieciem. Stąd coraz gorzej czujemy się w otaczającym nas świecie. I coraz mniej go rozumiemy. Nie dlatego, że jest niezrozumiały, ale dlatego, że staje się dla nas zbyt skomplikowany. Oferuje nam zbyt wiele możliwości, których nie potrafimy ocenić. Nie potrafimy więc dokonać wyboru.
Spece od marketingu przekonują nas, że da się jednocześnie sensownie korzystać z 3 ekranów. Oglądać TV, czytać coś na tablecie i pisać posty w smartfonie. Da się. Choć tak naprawdę porządnie zrobimy tylko jedną z tych rzeczy, albo wszystkie trzy nieporządnie.
Nowoczesne technologie są bardzo często dla naszych mózgów zbyt nowoczesne. Ich obsługa angażuje nas na tyle, że nie mamy już czasu aby z nich korzystać. Zresztą jest ich tyle, że człowiek gubi się w nich, tak jak w zalewie informacji. Teraz pewnie ktoś wymyśli jakąś aplikację, która podpowie nam, co jest dla nas ważne.
Jest w tym tylko jedno małe „ale”. Te wszystkie wspaniałe aplikacje wymyślają ci, którzy w swojej pracy wykorzystują swoje mózgi. I wymyślają coś, co ma nam pomóc w wyłączeniu naszych mózgów.
Igor Hrywna

19 Sty 2015

Krzykacz miejski czyli klikon. W dawnych czasach był to pan obdarzony donośnym głosem, który ogłaszał na miejskich rynkach różne informacje. Powtarzał też tłumom to, co obwieszczał przywódca. Już dawno temu zastąpiły go tuby, a potem sprzęt nagłaśniający.

Kiedy wpiszesz w wyszukiwarkę słowa „ginące zawody” to Google wyrzuci kowala, kaletnika, garncarza czy rękawicznika. To już jednak od dawna są zawody „umarłe”. Dzisiaj zawody ginące to zupełnie inne profesje. Google w tym przypadku zawodzi. Bo powinno wyświetlić zupełnie inne profesje. Na przykład tłumacza.

Bo to właśnie Google zapowiedziało na dniach, że ich „Google translate” będzie już wkrótce tłumaczyć rozmowy w czasie rzeczywistym. Takich ginących zawodów są dzisiaj setki. Pewnie już wkrótce z hipermarketów znikną kasjerki, które zastąpią elektroniczne terminale. Nieco później ten los czeka zapewne nauczycieli, przed którymi znikną bibliotekarze. Lekarzy, tak jak żołnierzy zastąpią w ciągu 20-30 lat inteligentne roboty. Drukarki 3D umożliwiające produkcję coraz większej ilości przedmiotów przez każdego doprowadzą do zamykania fabryk.
Znikną też dziennikarze, bo pisać teksty będą pisać inteligentne maszyny. Co i jak napiszą będą wiedziały dzięki specjalnym algorytmom. Chociaż pewnie nawet pisać nie będą, ale opowiadać.

Na naszych oczach dzieje się wielka rewolucja. Budujemy powoli, ale konsekwentnie świat, w którym ludzie mają coraz mniej do roboty. I to jest wielka zmiana, bo przez wieki w wyniku postępu jedne zawody ginęły, ale w ich miejsce pojawiały się w podobnej ilości inne. Teraz już tak nie jest. I ludzi niepotrzebnych będzie w Europie coraz więcej. Nie bezrobotnych, ale właśnie niepotrzebnych.

Igor Hrywna

31 Gru 2014

Świat wokół nas pędzi coraz bardziej. A my wraz z nim. Dzisiaj szybciej znaczy lepiej, taniej, zdrowiej. Żyjemy w erze pośpiechu. I rok 2015 na pewno będzie pędził jeszcze bardziej niż 2014. Trzeba tylko uważać, żeby nie dopadła nas zadyszka. Nie ta płucna, ale ta umysłowa.
Co nas czeka w 2015 roku? Na pewno jeszcze większe opętanie przez nowe technologie. Inteligentne mieszkania i domy, w których urządzenia będą się komunikować między sobą bez naszej pomocy staną się już czymś zwyczajnym. Fakt, że lodówka sama zamówi za nas mleko, kuchenka zacznie gotować obiad stanie się już pewną oczywistością. Pojawi się też coraz więcej gadżetów ubraniowych, które będą kontrolować stan naszego serca choć dzięki Bogu jeszcze nie umysłu.
Ludzie będą też konsumować coraz więcej coraz krótszych informacji. Już teraz oparty tylko na zdjęciach z podpisem serwis społecznościowy Instagram ma więcej użytkowników niż Twitter, który pozwala na pisanie komunikatów składających się maksymalnie ze 140 słów.
Dzięki Bogu, nie wszyscy uznają to za objaw postępu. A apostołowie tych serwisów z reguły pisują o nich całkiem pokaźne książki.
Z tego wszystkiego nie wynika , że jakoś specjalnie zgłupieliśmy. Nie. Po prostu nie mamy czasu, pośpiech goni nas, my pośpiech. Ale ten pośpiech, to przede wszystkim stan umysłu. Dlatego warto czasem odetchnąć, choćby przy lekturze lokalnego tygodnika czy na spacerze.
Przed laty Jan Himilsbach lubił powiadać: „Tyle dróg budują, tylko nie ma dokąd iść”
Życzę Wam zatem, aby w 2015 roku każdy z Was znalazł swoją drogę, którą będzie mógł dojść tam, gdzie chce. Bez względu na to, czy jego lodówka zamówi mu mleko czy nie…
Igor Hrywna

11 Lis 2014

Przed wynalezieniem internetu bito powszechnie na alarm. TV ogłupia, ludzie nie czytają i jak nic, ludzkość upadnie. Tak wieszczyli najwięksi pesymiści spośród brodatych intelektualistów. I to wieszczenie okazałoby się prawdą, gdyby nie wynaleziono…internetu. Internet oderwał młodych od biernego gapienia się w ekran TV. Mail okazał się najlepszym elementarzem, uczącym pisania i czytania.
Teraz jednak okazuje się, że internet zmienia sposób w jaki konsumujemy informacje. W sieci czytelnicy skanują treści. Nie tyle je czytają co raczej „oglądają”. I właściwie SA bardziej oglądaczami niż czytelnikami. Bardzo często czytają tylko początek tekstu. I bardzo często po chwili zapominają co czytali. Dlatego właśnie teksty w internecie są z reguły krótkie, a ich tytuły „krzyczą” do czytelnika.

To już właściwie nie jest żadną sensacją. Teraz Amerykanie przebadali dwie grupy studentów i sprawdzili, jak rozumienie takich samych treści różni się w zależności od tego czy widzimy je na ekranie czy na papierze. Pierwsza grupa studentów czytała wydanie papierowe New York Timesa, druga jego wydanie elektroniczne. Okazało sie, że w tym samym czasie więcej przeczytali i zapamiętali czytelnicy tradycyjnego wydania. Znaczy to tyle, że informacja zamieszczona w drukowanym piśmie łatwiej dotrze do czytelnika, niż jej cyfrowy odpowiednik.

Jednym z powodów tego jest to, że nie da się jednocześnie trzymać w rękach i czytać gazetę oraz w tym samym czasie oglądać np. TV czy wysyłać maila. Ale da się to zrobić, kiedy siedzimy przed monitorem 🙂

02 Cze 2014

Wszyscy jesteśmy coraz bardziej głupi. I nie ma na to rady. Tak samo jak nie ma rady na to, że żyjemy dłużej i stać jest nas na kupowanie coraz większej ilości produktów. I to nie jest żaden paradoks. To po prostu postęp. Ale z postępem bywa różnie. – Czy jeżeli ludożerca je nożem i widelcem – to postęp? – pytał swojego czasu Stanisław Jerzy Lec.

„Wynalezienie” internetu to prawdziwe błogosławieństwo. Internet uratował ludzkość przed wtórnym analfabetyzmem i totalnym ogłupieniem przez telewizję. Bierne medium, które zabijało kontakty międzyludzkie. Człowiek nie wymyślił bowiem nic bardziej szkodliwego dla swojego mózgu jak właśnie TV. Internet i telefony komórkowe nauczyły ludzi ponownie pisać i komunikować się ze sobą. Obie umiejętności traciliśmy już ogłupieni przez TV. Gdyby nie maile i smsy to dzisiaj za literaturę piękną robiłyby komiksy.

To jasna strona e-postępu. Jest jednak i ta ciemna. Kupiłeś swojemu 7-latkowi tablet albo czytnik, żeby dzieciak chętniej czytał? Błąd. Dzisiaj już wiemy, że dzieci czytające w papierze rozwijają się szybciej niż te, które czytają e-booki. Dlatego stara dobra książka, jest nadal niezastąpiona. Bo uczy i bawi, a nie tylko bawi.

Dzieci muszą dojrzeć do swoich tabletów i smartfonów. To jest tak jak z samochodami. Uczymy nasze dzieci jeździć najpierw na rowerach, a dopiero kiedy podrosną pozwalamy przesiąść się im na motor czy skuter.

Z raportu Biblioteki Narodowej wynika, że tylko 8 proc. nastolatków ma zwyczaj codziennego czytania książki. Moim zdaniem to wina polskiej szkoły. Bo to spróchniałe lektury rodzą w naszych dzieciach nienawiść do książki. Wielkie dzieła polskiej literatury są nadal wielkie. Tyle że ta wielkość jest absolutnie niezrozumiała dla dzisiejszego nastolatka. Co gorsza nie była zrozumiała i dla mojego pokolenia (matura 1980).

Bo to nie media elektroniczne zabijają czytanie w Polsce, ale wadliwy system edukacji z jakimś dziwacznym kanonem lektur szkolnych zamiast zestawy fajnych książek do czytania. Katowanie „Panem Tadeuszem” czy „Lalką” współczesnej młodzieży ma taki sam sens jak przekonanie ich do wyższości telefonu stacjonarnego nad komórką. Nawet liczący ledwie kilkanaście stron „Janko Muzykant” jest dla nich obcy i niezrozumiały. Bo kogo mogą obchodzić czasy, kiedy nie było „Must Be The Music” albo „X-Factora?.

Zresztą. Tak z ręką na sercu. Kto z Was pamięta o co szło w tym „Janku Muzykancie”? Ja tam sobie Janka wygooglałem…

Media,Marketing,Reklama.+ Ciut polityki. O tym piszę. Igor Hrywna.

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.