02 Maj 2017

Kim jest dzisiaj prywatny przedsiębiorca? Wychodzi na to, że inteligentem. Tak przynajmniej wynika z najnowszych badań czytelnictwa w Polsce.

Wynika z nich też, że zamieniamy się w społeczeństwo analfabetów. A państwo jesteście czytelniczą elitą. Bo w 2016 roku tylko 46% obywateli RP przeczytało choć jeden tekst dłuższy niż 3 strony maszynopisu.

Ale wróćmy do prywatnych przedsiębiorców. Otóż są oni grupą, w której pomiędzy 2002 a 2016 rokiem zanotowano najmniejszy spadek (-5%) osób deklarujących przeczytanie choćby jednej książki w roku. Wśród kadry zarządzającej jest to -42%, uczniów i studentów – 20%.

A generalnie jest źle. W 2016 roku 63% Polaków nie przeczytało żadnej książki. A 16% nie przeczytało żadnej książki w całym życiu. Jest to o tyle ciekawe, że jakoś musieli przecież jakąś podstawówkę przejść. Teraz może to być jeszcze łatwiejsze, bo MEN wykreśliło z podstawy programowej zapis o roli biblioteki w nauczaniu.

I żeby było jasne nasze „nieczytanie” nie ma to żadnego związku z postępem czy internetem. Bo tacy na przykład Szwedzi, Holendrzy czy Niemcy czytają dwa – trzy razy więcej. A kto czyta mniej? Portugalczycy, Rumuni i Grecy.

Dlaczego nie czytamy? To proste. Bo biednych nikt nie uczy czytać.

Igor Hrywna

24 Mar 2017

Książka to nie kiełbasa. Dlatego nie powinna być sprzedawana w promocji. Takie jest stanowisko Polskiej Izby Książki. A także ministerstwa kultury, które pracuje nad ustawą wprowadzającą jednolitą cenę książki. Jeżeli nowe prawo wejdzie w życie, to przez rok nie będzie można obniżyć ceny książki. Trzeba będzie ja sprzedawać po cenie z okładki. Takie prawo ma uratować małe księgarnie.

W wielu krajach Zachodniej Europy takie prawo funkcjonuje i faktycznie chroni drobnych księgarzy.
Czy jednak nowe prawo wspomoże czytelnictwo? Dużo większym bowiem problemem niż upadek małych księgarń jest wtórny analfabetyzm. Tak wyśmiewani w Polsce za prostactwo Amerykanie czytają statystycznie 12 książek rocznie, my niecałe dwie.

Nowe prawo nie musi działać na niekorzyść czytelnika. Dzisiaj bowiem wielcy wydawcy sprzedają książki wielkim sieciom od razu z rabatem, nawet 40 proc. Jeżeli więc urealnią swoje ceny, to dla czytelnika nie będzie drożej.
Natomiast generalnie, to w pierwszej kolejności trzeba chronić nie księgarzy czy wydawców, ale czytelnika. Bo tylko on utrzyma jednych i drugich.
Igor Hrywna

16 Wrz 2015

Obyczaje. We Wrocławiu przez cały dzień można było jeździć autobusami miejskimi za darmo. Wystarczyło czytać książkę. Tak miasto włączyło się w Dzień Walki z Analfabetyzmem. A przy okazji wywołało dyskusję co jest, a co nie jest książką.
Na biletach oszczędzić mogli bowiem tylko pasażerowie z papierową książką.
Za to na urzędników posypały się gromy ze strony użytkowników e-booków. Że e-book to przecież też książka. Chyba jednak nie. Książka to książka, a e-book to e-book. To, że w obu mamy do czynienia z literkami to za mało, aby uznać, że to to samo.
To trochę jak z czarnym chlebem na zakwasie i białymi bułkami z hipermarketu. Niby najeść się można jednym i drugim, ale żołądek swoje wie. Tak samo, jak nasz mózg. A przecież jeszcze całkiem niedawno ten czarny chleb był przeżytkiem, ba uchodził za przejaw zacofania. A białe pieczywo było jaśniepańskie i postępowe.
A teraz ten czarny chleb wrócił do łask. Tak też na swoje miejsce wróci książka. Tak, jak wrócił też na przykład rower.
Kiedyś służył do podróżowania. Wyparł go motor, potem auto. Książka i e-book są jak rower i samochód. Ten drugi ułatwia życie. To internet, e-wydania czy e-booki. Ten pierwszy dostarcza nam przyjemności. Jak książka…
Igor Hrywna

24 Sie 2015

Spokojnie. Tekst bez ograniczeń wiekowych. I na bardzo poważny temat. Dałem taki tytuł, żeby jak najwięcej z Was zwróciło uwagę na mój tekst. I na to, że warto to robić. Czytać znaczy się.

Mocno mi się uśmiechnęła buzia przy lekturze raportu „Pokaż jak czytasz”.
przygotowanego przez e-sklep merlin.pl. Wynika z niego, że pogłoski o śmierci prawdziwej książki są przedwczesne. Bo aż 95% osób czytających stwierdziło, że drukowane książki nigdy nie wyjdą z użycia.

A kto czyta? Częściej czytają kobiety, osoby posiadające dzieci i z wyższym wykształceniem. Panie najczęściej czytają w łóżku i w czasie posiłku. Mężczyźni po pracy i w toalecie.

Co ciekawe raport potwierdza, że dla większości badanych głównym źródłem informacji o nowych tytułach jest internet. I że większość prawdziwych książek kupują już w e-księgarniach.

Dlaczego prawdziwe, papierowe książki są ważne? Bo jest w nich zamknięte wszystko, co ważne dla naszej cywilizacji. Nie chodzi tutaj o rozwój człowieka, jaki daje czytanie. Bo to dają też e-wydania.

Chodzi o coś innego. Czy jeszcze lubimy naszą wspartą o wielkie księgi, z Biblią na czele, cywilizację? I czy chcemy przedłużyć jej istnienie czytaniem? Czy raczej stać nas już tylko na oglądanie obrazków?

02 Lut 2015

Jeżeli jesteście państwo małżeństwem, to mam dla was dobrą i złą wiadomość. Dobra jest taka, że jedno z Was w ciągu roku przeczytało choć jedną książkę. Zła jest taka, że wtedy wasz małżonek nie przeczytał żadnej.
Jest powód do radości. Z badań Biblioteki Narodowej wynika, że 41,7 proc. przepytanych Polaków zadeklarowało, że w 2014 roku przeczytało przynajmniej jedną książkę. To o ponad 2,5 proc. więcej niż w 2013 roku. Niby nic, a jednak pokazuje, że cywilizacja czytających nie poddaje się bez walki.
Co ciekawe Lidl i Biedronka uznały, że książki mogą przyciągnąć im na zakupy nowych klientów i zachęcają Polaków do sięgnięcia po nie. Właśnie ruszyły w obu sieciach akcje promocyjne, w ramach których wybrane nowości książkowe można kupić po promocyjnych cenach. Znaleźć tam można całkiem przyzwoite pozycje, na przykład Stasiuka czy Mario Vargasa Llosę.
Wnioskowanie, że czytanie książek staje się modne jest raczej na wyrost, ale to procenty na pewno cieszą. W tej łyżce miodu jest jednak całkiem spora łyżka dziegciu.
O tak optymistycznym rezultacie badań Biblioteki Narodowej napisały tylko serwisy niszowe, zajmujące się kulturą. Serwisy czytane przez miliony Polaków nie uznały tej informacji za ważną dla swoich czytelników.

02 Cze 2014

Wszyscy jesteśmy coraz bardziej głupi. I nie ma na to rady. Tak samo jak nie ma rady na to, że żyjemy dłużej i stać jest nas na kupowanie coraz większej ilości produktów. I to nie jest żaden paradoks. To po prostu postęp. Ale z postępem bywa różnie. – Czy jeżeli ludożerca je nożem i widelcem – to postęp? – pytał swojego czasu Stanisław Jerzy Lec.

„Wynalezienie” internetu to prawdziwe błogosławieństwo. Internet uratował ludzkość przed wtórnym analfabetyzmem i totalnym ogłupieniem przez telewizję. Bierne medium, które zabijało kontakty międzyludzkie. Człowiek nie wymyślił bowiem nic bardziej szkodliwego dla swojego mózgu jak właśnie TV. Internet i telefony komórkowe nauczyły ludzi ponownie pisać i komunikować się ze sobą. Obie umiejętności traciliśmy już ogłupieni przez TV. Gdyby nie maile i smsy to dzisiaj za literaturę piękną robiłyby komiksy.

To jasna strona e-postępu. Jest jednak i ta ciemna. Kupiłeś swojemu 7-latkowi tablet albo czytnik, żeby dzieciak chętniej czytał? Błąd. Dzisiaj już wiemy, że dzieci czytające w papierze rozwijają się szybciej niż te, które czytają e-booki. Dlatego stara dobra książka, jest nadal niezastąpiona. Bo uczy i bawi, a nie tylko bawi.

Dzieci muszą dojrzeć do swoich tabletów i smartfonów. To jest tak jak z samochodami. Uczymy nasze dzieci jeździć najpierw na rowerach, a dopiero kiedy podrosną pozwalamy przesiąść się im na motor czy skuter.

Z raportu Biblioteki Narodowej wynika, że tylko 8 proc. nastolatków ma zwyczaj codziennego czytania książki. Moim zdaniem to wina polskiej szkoły. Bo to spróchniałe lektury rodzą w naszych dzieciach nienawiść do książki. Wielkie dzieła polskiej literatury są nadal wielkie. Tyle że ta wielkość jest absolutnie niezrozumiała dla dzisiejszego nastolatka. Co gorsza nie była zrozumiała i dla mojego pokolenia (matura 1980).

Bo to nie media elektroniczne zabijają czytanie w Polsce, ale wadliwy system edukacji z jakimś dziwacznym kanonem lektur szkolnych zamiast zestawy fajnych książek do czytania. Katowanie „Panem Tadeuszem” czy „Lalką” współczesnej młodzieży ma taki sam sens jak przekonanie ich do wyższości telefonu stacjonarnego nad komórką. Nawet liczący ledwie kilkanaście stron „Janko Muzykant” jest dla nich obcy i niezrozumiały. Bo kogo mogą obchodzić czasy, kiedy nie było „Must Be The Music” albo „X-Factora?.

Zresztą. Tak z ręką na sercu. Kto z Was pamięta o co szło w tym „Janku Muzykancie”? Ja tam sobie Janka wygooglałem…

Media,Marketing,Reklama.+ Ciut polityki. O tym piszę. Igor Hrywna.

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.